Wykrywacze metalu i granice ciała – oddychając w więzieniu, Aleksandra Rayska

Najpierw przechodzi się przez bramę i pokazuje dowód tożsamości. Potem przechodzi się przez kolejną. I przez kolejną. Potem wykrywacze metalu i prześwietlenie torebki. Potem kolejne i kolejne bramy, bramki, drzwi. Dojście do mojego gabinetu w jednym z Nowojorskich więzień zajmowało mi ponad pół godziny.

Kiedy jesteśmy pozbawieni wolności przemieszczania się, wyboru tego co zjemy na śniadanie, w co się ubierzemy, kiedy umyjemy włosy i wielu, wielu innych codziennych wyborów – wolność jaką daje bycie w ciele objawia się nam na nowo. Czasem na nowo a czasem po raz pierwszy. Za pierwszym razem kiedy zapytałam uczestniczki grupy, co czują w ciele, trudno było którejkolwiek z nich cokolwiek powiedzieć. Zaczęłyśmy od tego co nasze ciała odbierają – jaki zapach czuję, co widzę, jak czuję swoje placy na oparciu krzesła. Słowa „moje ciało należy do mnie” nabierają innego znaczenia w miejscu gdzie tak nie wiele jest prywatności i tak nie wiele jest własne. Ciało zaś, jego odczucia, mogą być ostoją.

Z uczestniczkami mojej grupy, przed rozpoczęciem sesji skupiałyśmy się na oddechu. Jak czuję mój oddech, gdzie go czuję, jak inne, lub podobne jest to odczucie od tego, którym się dzielą inne osoby w grupie. Niektóre z nich później mówiły o tym, że kiedy rozmawiają z rodziną, lub z prawnikami, starają się wrócić do oddechu.  W momentach napięcia, stresu wracały do obserwowania swojego oddechu. Starając się w tych chwilach odkryć to co ich własne, to co w granicach ich własnego ciała, to co należy do każdej z nich.

BLOG